Importujemy góry odpadów. Najwięcej przyjeżdża z Niemiec

0
7
views

Każdego roku do Polski trafia kilkaset tysięcy ton odpadów z zagranicy. Przede wszystkim z Niemiec, ale też z Wielkiej Brytanii, Włoch, a nawet Nigerii, skąd sprowadzamy zużyte akumulatory. W tym samym czasie mamy problem z własnymi śmieciami. Nie zbieramy ich selektywnie i tracimy bezpowrotnie ich wartość.

Importujemy góry odpadów. Najwięcej przyjeżdża z Niemiec.

(Pixabay)
Importujemy góry odpadów. Najwięcej przyjeżdża z Niemiec.

Dlaczego importujemy odpady? Ich przewożenie przez granicę jest zawsze spowodowane różnicą w cenach przetwarzania, rożnymi obostrzeniami prawnymi lub różnymi poziomami kontroli przez instytucje publiczne, wyjaśnia Piotr Barczak z Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste.

– W Polsce z powodu niższych kosztów pracy „Janusze biznesu” odkrywają żyłę złota – mówi Barczak. Dodaje, że zyskuje zarówno podmiot wysyłający odpady do Polski (unikający większych opłat u siebie w kraju), jak i podmiot przyjmujący w Polsce.

Jeśli firma przyjmująca ma w planach nielegalną utylizację odpadów, np. zdeponowanie w mogilnikach, wyrobiskach czy przetrzymanie w magazynach bez planu na przetwarzanie, to jest to przestępstwo i odpowiednie służby w Polsce muszą się tym zająć. – Niestety, zbyt często uchodzi to na sucho lub kary są nieadekwatnie niskie, w związku z czym nadal opłaca się sprowadzać odpady – dodaje Barczak.

Mimo że transgraniczne przemieszczanie odpadów jest powszechnym zjawiskiem w Europie, udział Polski w tym rynku nie jest duży. Masa odpadów przywieziona do Polski w 2017 roku wynosiła ok. 370 tys. ton, co stanowiło ok. 0,33 proc. ogólnej masy odpadów wytworzonych w Polsce. W tym samym czasie do Niemiec, europejskiego lidera w imporcie odpadów, trafiło ponad 6 mln ton odpadów – szesnastokrotnie więcej niż do Polski.

– Niestety często w przestrzeni medialnej powtarzany jest daleki od prawdy, za to wywołujący zainteresowanie u odbiorców stereotyp o tym, że do Polski trafiają nieprzebrane góry odpadów lub co gorsza śmieci. W rzeczywistości na podstawie przepisów krajowych, do Polski możliwy jest przywóz wyłącznie odpadów przeznaczonych do odzysku – głównie surowców wtórnych wykorzystywanych w produkcji. W innych przypadkach mówimy o przestępstwach ściganych przez Prokuraturę m.in. we współpracy z Inspekcją Ochrony Środowiska – mówi Wojciech Laska, rzecznik Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska (GIOŚ).

W 2018 roku Polska zaimportowała 434 tys. ton odpadów, z czego ponad połowę z Niemiec, wynika z najnowszych danych Eurostatu. Około jedna piąta importu pochodziła z trzech krajów: Wielkiej Brytanii, Szwecji oraz Włoch. Ale na liście znalazła się także Nigeria, która dostarczyła ponad 6 tys. ton.

Do Polski z dalekich zakątków świata takich jak Nigeria, Australia i Nowa Zelandia przywożone są odpady w postaci zużytych akumulatorów kwasowo-ołowiowych, które są cennym źródłem surowców wtórnych, wyjaśnia GIOŚ.

Jakie odpady obejmują dane Eurostatu, pokazane na mapie poniżej? Te zaklasyfikowane jako niebezpieczne, czyli np. zawierające azbest, a także zużyte akumulatory, szkła z ekranów telewizorów czy monitorów komputerowych oraz np. paliwa alternatywne. Mowa o imporcie legalnym, na który wymagana jest specjalna zgoda. To tylko kilka przykładów, bo lista jest długa.

W Polsce istnieje także wiele firm, które zajmują się sprowadzaniem odpadów, nieuwzględnionych przez Eurostat. Mowa np. o surowcach wtórnych. – Import dokonuje się na tak zwanych „zielonych listach”. To są surowce do procesów recyklingu. Surowce kupowane przez zakłady recyklingu są importowane z dwóch względów: albo cena jest bardziej konkurencyjna, albo ktoś z zagranicy oferuje lepszą jakość – mówi Marta Krawczyk z organizacji odzysku opakowań Rekopol.

Na „zielonej liście” znajdują się np. złom żelaza i stali, makulatura, stłuczka szklana, niezanieczyszczone tworzywa sztuczne, zużyte opony.

– Jest to taka sama branża jak każda inna, a surowce wtórne są traktowane jak każdy inny towar. Nie ma tu miejsca na rozważania, czy wolimy krajowe, czy zagraniczne. Tak samo, jak w innych branżach, kupuje się od tego, kto daje lepszą cenę i jakość – dodaje Marta Krawczyk.

Importujemy, ale mamy problem z własnymi odpadami

Z kolei Piotr Barczak zwraca uwagę, że w Polsce mamy problem z własnymi śmieciami. Nie zbieramy ich selektywnie i tracimy bezpowrotnie ich wartość. Zakłady recyklingu muszą posiłkować się czystym materiałem zbieranym selektywnie w innych krajach.

– To może im pomóc utrzymać się na rynku, ale docelowo infrastruktura każdego kraju powinna być wykalibrowana do ilości wytwarzanych odpadów lokalnie, a nie globalnie, aby nie generować niepotrzebnych kosztów transportu – zauważa. Jego zdaniem, odpady powinny być selektywnie zbierane oraz, jeżeli się do tego nadają, powinny wracać do gospodarki jako surowiec wtórny. Najlepiej do gospodarki lokalnej.

Import surowców wtórnych jest więc legalny, natomiast sprowadzanie do kraju odpadów komunalnych, wytwarzanych w gospodarstwach domowych i potocznie nazywanych śmieciami, to przestępstwo.

Łamanie prawa może dotyczyć nie tylko odpadów komunalnych. Co jakiś czas w mediach pojawiają się informacje o zatrzymaniach nielegalnych transportów na granicy lub na terenach przygranicznych. W czerwcu w okolicach Zgorzelca zatrzymano ciężarówkę, w której znajdowały się 24 tony metalowego złomu z rozbiórek budowlanych. W maju w naczepie ciężarowej znaleziono nielegalne odpady metalowe, elementy z demontażu lodówek i zamrażarek oraz ocieplenia z tworzyw sztucznych.

Natomiast pod koniec ubiegłego roku inspektorzy udaremnili próbę importu do Polski ponad 2,3 tys. ton odpadów z Norwegii. Były to zrębki drewniane zanieczyszczone lakierami i farbami.

Pożary

Co jakiś czas słyszymy o pożarach w nielegalnych miejscach gromadzenia odpadów. Ktoś przyjmuje odpady i bierze za to pieniądze. Potem je podpala i ślad po nim znika. To działalność przestępcza.

Pożary mogą się zdarzyć też na legalnych składowiskach. Bywają pokłosiem problemu z częścią tzw. frakcji kalorycznej, zauważa Karol Wójcik ze Związku Pracodawców Gospodarki Odpadami (ZPGO). To ta część odpadów, która pozostaje po procesie sortowania, a w praktyce nie nadaje się do recyklingu: między innymi strzępki folii i opakowań z tworzyw sztucznych. – Średnio połowa tego żółtego worka, do którego gromadzimy w domach tworzywa sztuczne, do niczego się nie nadaje – mówi Wójcik.

W 2016 roku zakazano składowania frakcji kalorycznej, jednak nie dano alternatywy. W Polsce brakuje bowiem spalarni. Natomiast cementownie, które mogą wykorzystać takie odpady do zasilania pieców, mają również ograniczone moce przerobowe, a do tego dochodzi sezonowość, gdy produkcja jest mniejsza, przyjmują mniej tzw. RDF-u, czyli paliwa z odpadów.

– W związku z tym te odpady były magazynowane przez lata na terenie różnych instalacji w Polsce, w okresach dłuższych niż pozwala na to ustawa. A wysoka temperatura i uwalnianie się metanu powodowało samozapłony. W niektórych przypadkach mogło też dochodzić do podpaleń – mówi Wójcik.

Zwraca też uwagę, że w takiej sytuacji krajowi przedsiębiorcy coraz poważniej rozważają eksport odpadów wysokokalorycznych za granicę do tamtejszych spalarni. Jednak dopóki w Polsce nie powstaną spalarnie, nie ma co liczyć na spadek cen za gospodarowanie odpadami.

Polska również eksportuje odpady, przede wszystkim do Niemiec. W 2018 roku eksportowaliśmy za zachodnią granicę 62 tys. ton. Jednak to kropla w morzu tego, co trafia do naszego zachodniego sąsiada, który jest największym importerem odpadów w Europie.

A Ty jak dbasz o środowisko? Razem z Wirtualną Polską podejmij #EkoWyzwanie! Pochwal się swoimi osiągnięciami na #dziejesie

 

Kraków. Przed wyborami huczne otwarcie budowy północnej obwodnicy. Teraz cisza

– Na budowie północnej obwodnicy Krakowa wszystko idzie zgodnie z planem – zapewnia minister infrastruktury Andrzej Adamczyk. 10 lipca 2020 roku, dwa dni przed wyborami prezydenckimi oficjalnie rozpoczęła się budowa tej trasy. Na uroczystym wbiciu łopaty pojawił się na placu budowy minister infrastruktury oraz politycy PiS. Dziś – jak donoszą media – na placu świeci pustkami. – Oczywiście będziemy sprawdzać co dzieje się na budowie, ale teraz za wszystko odpowiada generalny wykonawca i on realizuje budowę według harmonogramu – dodał minister Adamczyk.

 

Nowy Jeep zamiast starej Multipli. Tak bogacą się najbiedniejsi posłowie

Gdy 5 lat temu wchodzili do polityki, na koncie nie mieli praktycznie nic i jeździli kilkunastoletnimi autami. Teraz wielu z nich może pochwalić się 6-cyfrowymi kwotami na koncie. Niektórzy Fiata Multiplę z 2003 roku zamienili na nowego Jeepa Renegade. Tak wzbogacili się najbiedniejsi posłowie 2015 roku.

Na starcie poprzedniej kadencji sprawdzaliśmy w money.pl majątki wszystkich parlamentarzystów i wybraliśmy dziesięcioro najbiedniejszych. Wśród nich byli tacy, którzy nie mieli zupełnie nic. Nieliczni mogli pochwalić się kilkunastoletnim samochodem, za to spora część miała zaciągnięte kredyty.

Żaden z 10 najbiedniejszych posłów nie mógł się wówczas pochwalić majątkiem wyższym niż 20 tys. zł. Dziś sprawdzamy, czy po 5 latach zdołali coś odłożyć. Przypomnijmy, że posłowie co roku zarabiają w parlamencie 6-cyfrowe kwoty.

Nie wszyscy jednak kontynuują swoją karierę przy Wiejskiej. W sejmowych ławach nie ma już Małgorzaty Zwiercan ani Magdaleny Błeńskiej, które 5 lat temu na koncie miały okrągłe zero. Z polityki odeszli również Maciej Masłowski oraz Krzysztof Łapiński.

Tej czwórki więc w naszym zestawieniu nie znajdziemy, ponieważ nie muszą już składać oświadczeń majątkowych. Brakuje więc najświeższych danych do porównania.

W ich miejsce wzięliśmy pod uwagę tych, którzy 5 lat temu nie zmieścili się w czołowej dziesiątce. To Jakub Kulesza z Konfederacji oraz Adam Andruszkiewicz z PiS.

Ministerialne posady

Wielu z najbiedniejszych w 2015 roku dopiero wchodziło do krajowej polityki. Tylko Małgorzata Gosiewska miała za sobą jedną kadencję w Sejmie. Pozostali dopiero zaczynali przygodę z parlamentem.

Dziś wiele nazwisk znamy z pierwszych stron gazet. Większość z najbiedniejszych podjęła pracę w rządzie lub na wysokich stanowiskach w parlamencie.

Znajdziemy tu bowiem m.in. ministra w Kancelarii Premiera Łukasza Schreibera, wiceministrów: Annę Krupkę (resort sportu), Adama Andruszkiewicza (cyfryzacja) czy Pawła Szefernakera (MSWiA). Do tego wspomniana Małgorzata Gosiewska, która w obecnej kadencji pełni funkcję wicemarszałka Sejmu.

Do tego na przykład przewodniczący koła poselskiego Konfederacji Jakub Kulesza oraz dwoje szeregowych posłów – Barbara Dziuk z PiS oraz Robert Winnicki z Konfederacji.

Jak zmieniły się majątki najbiedniejszych posłów? Poniżej animowana infografika (kliknij, żeby zobaczyć zmiany)

Jeep w miejsce Multipli

Zdecydowana większość najbiedniejszych zdołała się przez ostatnich 5 lat znacznie wzbogacić. Niektórzy postawili na gromadzenie gotówki. Choćby wiceminister sportu Anna Krupka, która przez 5 lat nie dorobiła się ani mieszkania, ani samochodu. Ma za to 262 777 zł na koncie, z czego 170 tys. to darowizna od matki.

Wiceszef resortu cyfryzacji Adam Andruszkiewicz idzie tą samą drogą. Na jego rachunku bankowym na koniec 2019 roku znalazło się 190 tys. zł i 5 tys. funtów brytyjskich. I nic poza tym. Żadnego domu, mieszkania, działki czy nawet samochodu.

To jednak wyjątki. Spora część posłów postawiła właśnie na zmiany w garażu. Małgorzata Gosiewska poprzednią kadencję zaczynała z Renault Laguną z 2003 roku. Dwa lata temu zdecydowała się jednak na wymianę auta. Postawiła na Volkswagena Passata z 2017 roku. Dziś samochód jest wart około 50 tys. zł.

Barbara Dziuk jeszcze w 2015 roku jeździła 12-letnim Fiatem Multiplą. Po 5 latach w jej garażu stoi 4-letni Fiat 500 oraz 3-letni Jeep Renegade. Dzięki temu jej majątek automatycznie urósł: z 10 do ponad 120 tys. zł.

Z kolei wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Paweł Szefernaker zaczynał karierę w polityce bez samochodu. Teraz jeździ Kią Carens z 2013 roku. Do tego oszczędził prawie 150 tys. zł w gotówce. 5 lat temu na koncie miał ledwie 10 proc. tej kwoty.

Mieszkanie i kilka samochodów

W kontekście samochodów warto zatrzymać się przy Jakubie Kuleszy. Szef koła poselskiego Konfederacji w 2015 roku dostał się do Sejmu z ramienia ruchu Kukiz’15. Wtedy jeździł kilkuletnim Oplem Astrą, na jego koncie było niespełna 7 tys. zł, a poseł nie miał żadnego mieszkania.

Już po roku w Sejmie kupił 59-metrowe mieszkanie za 270 tys. zł i auto Suzuki SX4. Później wymienił auto na BMW e91, a w ubiegłym roku dokupił jeszcze jedno BMW, tym razem F11.

W międzyczasie wykończył mieszkanie, które nabrało wartości i dziś wycenione jest na 400 tys. zł. Do tego garaż i komórka lokatorska. W sumie więc jego majątek rozrósł się z 26 do aż 500 tys. zł.

To zdecydowanie najbardziej imponujący wzrost spośród wszystkich posłów, których 5 lat temu zaliczyliśmy do grona najmniej zamożnych.

Winnicki i Schreiber na szarym końcu

Na drugim biegunie jest minister w Kancelarii Premiera oraz szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Łukasz Schreiber. Przez 5 lat w jego oświadczeniu majątkowym nie zmieniło się praktycznie nic.

W 2015 roku wchodził on do Sejmu z 3 tys. zł na koncie. Dziś ma 8,5 tys. zł, a oprócz tego kompletnie nic. We wszystkich rubrykach oświadczenia widnieje jedynie adnotacja „nie posiadam”. Wyjątkiem jest kredyt na 100 tys. zł w Alior Banku. Schreiber spłacił 51 ze 120 rat.

Podobnie jest w przypadku Roberta Winnickiego. On 5 lat temu miał na koncie 2750 zł, dziś jest to 12 tys. zł. Poza tym żadnego innego składnika majątku.

Wychodzi więc na to, że zarówno Schreiber jak i Winnicki na bieżąco wydają wszystko to, co zarobią. A przypomnijmy, że wynagrodzenie parlamentarzysty to około 12 tys. zł miesięcznie.

źródło: money.pl

 

Ulga i wściekłość. Kontrowersje wokół otwarcia szkół 1 września

Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiedziało, że mimo trwającej epidemii koronawirusa nowy rok szkolny rozpocznie się w trybie stacjonarnym. – Pracujemy nad przepisami, które zagwarantują bezpieczeństwo uczniów po powrocie do szkół – oznajmił minister Dariusz Piontkowski. Propozycje ministra oburzyły nauczycieli, którzy uważają, że oddanie decyzji o zamykaniu placówek w ręce dyrekcji jest próbą odsunięcia od siebie odpowiedzialności za ewentualne zakażenia w szkołach

  • Najważniejszy pomysł ministra edukacji polega na tym, że od września szkoły mają pracować normalnie, jednak dyrekcja będzie mogła w każdej chwili zamknąć placówkę po wcześniejszej konsultacji z Głównym Inspektorem Sanitarnym
  • Większość rodziców odczuła ulgę słysząc, że ich dzieci we wrześniu wrócą do szkoły. Dyrektorzy szkół są wściekli słysząc, że mogą zostać obarczeni tak wielką odpowiedzialnością
  • Uporczywe milczenie szefa MEN zrodziło pogłoski, według których przez pierwsze dwa tygodnie nowego roku szkolnego miałoby odbywać się w trybie zdalnym. Informacje te zdementowała w rozmowie z Onetem wiceminister edukacji Marzena Machałek
  • Rząd Zjednoczonej Prawicy nie chce otwierać kolejnego frontu konfliktu z nauczycielami, ale przede wszystkim nie chciał poruszać drażliwego tematu w czasie kampanii wyborczej Andrzeja Dudy

W związku z pandemią koronawirusa szkoły w Polsce zostały zamknięte 12 marca. Od momentu wydania tej decyzji zarówno premier, jak i szef resortu oświaty podkreślali, że zrobią wszystko, aby pozostanie w domach uczniów i nauczycieli jak najmniej zaburzyło proces dydaktyczny. Uczniowie i pedagodzy musieli szybko oswoić się z nauczaniem zdalnym. Lekcje online w opinii ministerstwa zdały egzamin, jednak większość nauczycieli i uczniów skarżyła się na nieefektywny model nauczania i problemy ze sprzętem. Dariusz Piontkowski przekonywał, że polska szkoła jest technologicznie przygotowana do nauczania zdalnego, a sukces takiej metody będzie zależał jedynie od dobrej woli nauczycieli.

Chociaż słowa szefa MEN wyprowadziły z równowagi wielu nauczycieli, mieli oni na głowie inne problemy. Należało sklasyfikować uczniów i przygotować maturzystów do egzaminów. Te udało się przeprowadzić, chociaż ze względu na pandemię zrezygnowano z formy ustnej MATURY?????. Odwołano także egzaminy ósmoklasistów, jednak nie da się ukryć, że wielu nauczycieli, uczniów i ich rodziców czekało jedynie na zakończenie roku szkolnego, chcąc odetchnąć od edukacyjnego chaosu.

Mijały kolejne tygodnie wakacji, a Ministerstwo Edukacji Narodowej milczało na temat organizacji nowego roku szkolnego. Wciąż oczekiwano odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy we wrześniu szkoły zostaną otwarte? W połowie wakacji Dariusz Piontkowski zabrał głos.

„Chcemy, aby uczniowie od września wrócili do tradycyjnej nauki w szkołach. Pracujemy nad przepisami, które zagwarantują bezpieczeństwo uczniów po powrocie do szkół” – ogłosił na Twitterze Piontkowski. „Gdyby pojawiło się ognisko epidemii czy realne zagrożenie dla zdrowia uczniów i nauczycieli, chcemy, aby dyrektor, po zasięgnięciu opinii GIS, mógł szybko zareagować. Ważna będzie również rola kuratora” – oznajmił szef MEN. Minister w rozmowach z mediami jak ognia unika konkretnych deklaracji – powyższy komunikat jest najbardziej klarowną obietnicą szefa resortu edukacji.

– Przygotowujemy się do rozpoczęcia stacjonarnego nauczania 1 września, ale mamy z tyłu głowy ewentualność wprowadzenia rozwiązań, gdyby punktowo wystąpiła potrzeba zamknięcia placówek. Wszystkie decyzje ogłosimy w odpowiednim czasie – mówi w rozmowie z Onetem Marzena Machałek, wiceminister edukacji. Nie wiadomo jednak, kiedy ów odpowiedni czas nadejdzie.

Szkoły zamknięte we wrześniu? Wiceminister zaprzecza

Resort oświaty pilnie swoich pomysłów, nie przedstawiając ich nawet parlamentarzystom z Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży. Zasiadający w niej posłowie opozycji narzekają na brak konkretnych komunikatów ze strony rządu. – Komisja spotyka się rzadko. Aby zwołać komisję w nadzwyczajnym trybie, potrzebna jest zgoda marszałka Sejmu. Przed wakacjami wystąpiliśmy o takie spotkanie, ponieważ chcieliśmy porozmawiać o egzaminach i zdalnym nauczaniu. W czasie posiedzenia minister i jego pracownicy skupili się na chwaleniu swoich sukcesów, nie chcąc rozmawiać na temat tego, co należałoby poprawić we wrześniu – mówi nam Krystyna Szumilas z Platformy Obywatelskiej, była minister edukacji.

Uporczywe milczenie szefa MEN zrodziło pogłoski, według których przez pierwsze dwa tygodnie nowego roku szkolnego miałoby odbywać się w trybie zdalnym. – Nic takiego nie przygotowujemy. Przygotowujemy się do uruchomienia edukacji stacjonarnej, ale nie możemy zapomnieć o tym, co wydarzyło się wiosną i musimy być do tego lepiej przygotowani – tłumaczy Marzena Machałek.

W takie rozwiązanie nie wierzy również Artur Dziambor, poseł Konfederacji i wiceprzewodniczący Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży. – W czasie ostatniego posiedzenia pytałem o to, czy rozpoczęcie nauki we wrześniu jest zagrożone. Otrzymałem odpowiedź, że Ministerstwo Edukacji i Ministerstwo Zdrowia nie widzą przeszkód w otwarciu szkół pierwszego września. Jedynie gigantyczne wzrosty zachorowań na koronawirusa mogłyby skłonić rządzących do zmiany decyzji – uważa parlamentarzysta.

„Mamy decydować o zdrowiu i życiu setek uczniów”

Skoro rozpoczęcie nauki w szkołach wydaje się być pewne, dlaczego Ministerstwo Edukacji nabrało wody w usta? Być może Dariusz Piontkowski wie, że środowiska oświatowe negatywnie przyjmą zaproponowane przez niego pomysły. Rząd Zjednoczonej Prawicy nie chce otwierać kolejnego frontu konfliktu z nauczycielami, ale przede wszystkim nie chciał poruszać tego tematu w czasie kampanii wyborczej Andrzeja Dudy. Nawet dziś, gdy opadł kurz wyborczych zmagań, temat zamykania szkół przez dyrektorów z powodu koronawirusa wzbudza wiele emocji.

Zarówno nauczyciele, jak i politycy opozycji uważają, że oddanie decyzji o zamykaniu placówek w ręce dyrekcji jest próbą odsunięcia od siebie odpowiedzialności za ewentualne zakażenia w szkołach. – Nie może to wyglądać tak, że ministerstwo przygotuje suche regulacje, zrzucając obowiązek ich realizacji na szkoły i samorządy. Jeżeli dyrektor będzie musiał zdecydować o przejściu na zdalne nauczanie, powinien wcześniej otrzymać pomoc w zapewnieniu uczniom i nauczycielom warunków do kształcenia zdalnego – mówi w rozmowie z Onetem Magdalena Kaszulanis, rzecznik prasowy Związku Nauczycielstwa Polskiego.

– Po raz kolejny chce zrzucić się na nas odpowiedzialność za decyzje polityków. Nie wiem, jakie informacje będą otrzymywać dyrektorzy i na jakiej podstawie mamy zamykać szkoły. Wcześniej musieliśmy przepraszać rodziców za wszystkie niedoskonałości nauczania zdalnego. Teraz mamy decydować o zdrowiu i życiu setek uczniów – mówi Onetowi dyrektorka jednego z krakowskich liceów. – Wiele moich kolegów i koleżanek mówi, że jeżeli takie regulacje wejdą w życie, to składają dymisję. Nikt nie chce brać na siebie tak dużej odpowiedzialności – dodaje.

Wciąż nie wiadomo, w jakich okolicznościach dyrektor mógłby podjąć decyzję o zamknięciu placówki. – Dyrektor nie jest specjalistą w zakresie medycyny i nie posiada szczegółowych informacji o zachorowaniach na najbliższym terenie. Na jakiej więc podstawie dyrekcja ma podjąć decyzję dotyczącą zamknięcia lub otwarcia szkoły? – pyta Krystyna Szumilas. Nie wiadomo także, dlaczego Główny Inspektorat Sanitarny miałby jedynie głos doradczy. Warto zauważyć, że w czasie wyborów prezydenckich kilka gmin głosowało wyłącznie w sposób korespondencyjny. Tej decyzji nie podjęła wówczas Państwowa Komisja Wyborcza, a właśnie GIS.

ZNP: ministerstwo nie pomogło w organizacji pracy zdalnej

Czy w razie zamknięcia szkoły przez dyrekcję MEN wesprze organizację pracy zdalnej? Nie wiadomo. Wiele osób twierdzi, że do tej pory internetowe lekcje odbywały się jedynie dzięki uporowi nauczycieli i uczniów, którzy nie otrzymali żadnego wsparcia od resortu oświaty. – Do efektywnego e-learningu potrzebne są trzy podstawowe rzeczy: sprzęt, darmowy dostęp do szybkiego internetu i jednolita platforma edukacyjna z materiałami dydaktycznymi. Nic nam nie wiadomo na temat przygotowań ministerstwa edukacji w tych obszarach – mówi Magdalena Kaszulanis.

Wcześniej resort oświaty zapowiadał, że w czasie wakacji 30 tys. nauczycieli zostanie przeszkolonych w zakresie zdalnego kształcenia. Na stronach ministerstwa do dziś nie ma informacji o rozpoczęciu szkoleń. – Niektóre z samorządów same podejmują próby zapanowania nad sytuacją. Kołobrzeg chce wyposażyć szkolne pracownie w stanowiska, które będą pozwalały nauczycielom prowadzić zdalne lekcje w sytuacji zagrożenia. To jednak pojedyncze inicjatywy tych samorządów, które mogą sobie na to pozwolić – dodaje rzeczniczka ZNP.

Pomimo tego, że Ministerstwo Edukacji przedstawiło jedynie zarys swoich pomysłów, te już wzbudzają spore emocje. Większość rodziców odczuła ulgę słysząc, że ich dzieci we wrześniu wrócą do szkoły. Dyrektorzy szkół są wściekli słysząc, że mogą zostać obarczeni tak wielką odpowiedzialnością. Do rozpoczęcia roku szkolnego pozostało nieco ponad pięć tygodni, w czasie których Dariusz Piontkowski będzie musiał przedstawić szczegółowy plan organizacji prac szkół. Nie wiadomo, czy opinie środowiska nauczycielskiego skłonią szefa MEN do skorygowania swoich pomysłów, jednak minister odsunął od siebie jeden problem. Już nie musi przejmować się słupkami poparcia dla Andrzeja Dudy.

źródło: onet.pl

Jacek Kurski ponownie prezesem TVP. Na razie tymczasowo

Były prezes i doradca zarządu Telewizji Polskiej powraca na swoje pierwotne stanowisko. Zastąpi na czas urlopu obecnego p.o. prezesa zarządu TVP.

Centrum Informacji Telewizji Polskiej poinformowało, że Jacek Kurski przez najbliższe 2 tygodnie powróci na funkcję prezesa zarządu.

” W związku z rozpoczynającym się w dniu 27.07.2020 r. urlopem p.o. prezesa Zarządu TVP Pana Macieja Łopińskiego oraz złożeniem przez niego rezygnacji z czasowego pełnienia obowiązków Prezesa Zarządu z dniem 07.08.2020 r., pełnienie obowiązków Prezesa Zarządu TVP zostało powierzone Panu Jackowi Kurskiemu” – czytamy w komunikacie.

źródło: wp.pl

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ