Firmy transportowe krytykują nowe prawo UE. „Te przepisy nas wykończą”

0
22
views

Od 2 lutego w życie wchodzą wielkie zmiany w wynagrodzeniach kierowców ciężarówek. Podwyżki obejmą jednak także osoby, o których ustawa nie wspomina. Przewoźnicy boją się utraty pracowników i ostrzegają, że wiele firm może nie udźwignąć tego ciężaru. A jeśli znikną z rynku, w Europie mogą wystąpić problemy z towarem.

Polska zmieniła przepisy dotyczące transportu międzynarodowego za pięć dwunasta. Prezydent Andrzej Duda podpisał znowelizowaną ustawę o transporcie drogowym i czasie pracy kierowców dopiero 27 stycznia. Przepisy wchodzą w życie od 2 lutego.

Uderzenie w transport

Tego dnia zaczyna też obowiązywać unijny pakiet mobilności, który nakłada na państwa członkowskie obowiązek zgłaszania kierowców w innych krajach i zmienia zasady naliczania im płac, czyli wyrównania do zagranicznych wynagrodzeń.

O pakiecie mobilności i dyrektywie o delegowaniu pracowników głośno było już od kilku lat, ale polscy przewoźnicy twierdzą, że są jak dzieci we mgle. Mało która firma rozumie i wie, jak stosować nowe prawo, które „spadło na nich zaraz po Polskim Ładzie jak grom z jasnego nieba”.

Chaos i niepełność, jak po Polskim Ładzie

Aleksander Reisch, prezes Warmińsko-Mazurskiego Zrzeszenia Przewoźników Drogowych w Olsztynie, członek zarządu Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce, mówi w rozmowie money.pl, że branża nie wie, jak to dalej będzie.

– Na razie niczego nie zmieniamy. Będziemy liczyć, czy nam się to opłaci, czy wszystko będzie się spinało – mówi Reisch.

Według Reischa branżę transportową dotknął bałagan i chaos na kształt tego, który powstał przy wprowadzaniu Polskiego Ładu.

Czego najbardziej obawiają się polscy przewoźnicy? Że zostaną wysadzeni z siodła i to w pełnym galopie. Wielu z nich może tego „rodeo” już nie przeżyć.

– Przez to, że polskim firmom wzrosną koszty wynagrodzeń, leasingu, paliwa itd., a nie będą one w stanie wynegocjować wyższych stawek za transport, może się to dla wielu z nich skończyć likwidacją – ocenia Mateusz Włoch, ekspert Grupy Inelo.

Koszty pracodawców urosną, ale nie pensje

Włoch przyznaje, że polscy przewoźnicy muszą teraz wydać o ok. 20 proc. więcej by utrzymać stawki netto wynagrodzeń kierowców na niezmienionym poziomie.

Nowe przepisy likwidują bowiem nieoskładkowane dodatki typu ryczałt czy dieta. Stają się one teraz częścią płacy zasadniczej, podlegają więc oskładkowaniu. – Z moich wyliczeń wynika, że średni koszt utrzymania pracownika w firmie transportowej wzrośnie z 10 tys. zł do 12 tys. zł miesięcznie – informuje Włoch.

Zastrzega przy tym, że przy wyliczeniu wynagrodzenia wiele zależeć będzie od różnych czynników, m.in. od tego, do jakich krajów jeździ kierowca i ile czasu przebywa poza Polską.

Poza wynagrodzeniem zasadniczym kierowcy, którzy w transporcie międzynarodowym wykonują tzw. kabotaż oraz cross-trade (czyli przewozy wewnątrz unijne), będą podlegali jeszcze przepisom państw przyjmujących. Ich wynagrodzenia będą musiały być przeliczane według przepisów państw, w których wykonywana była usługa transportowa.

Szarady dla księgowych: jak to liczyć?

Maciej Wroński, prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska nie ukrywa, że dla wielu księgowych będzie to nie lada wyzwanie.

Przykładowo: kierowca, który wykonuje przejazdy dwustronne: Polska-Włochy nie podlega pod przepisy o delegowaniu, ale jeśli po rozładowaniu samochodu następnie zabierze we Włoszech ładunek i przewiezie go do Hiszpanii – to jest to już tzw. cross-trade. Wówczas polski przewoźnik musi mu zapewnić w trakcie wykonywania takiego przewozu warunki pracy i płacy takie, jakie obowiązują we Włoszech i w Hiszpanii i odpowiednio naliczyć pensję oraz inne świadczenia pracownicze.

Zdaniem prezesa Wrońskiego wzrost wynagrodzeń wymuszony nowymi przepisami spowoduje, że pracodawcy, obawiając się utraty kierowców oraz oskarżeń o dyskryminację płacową, podniosą płace również tym kierowcom, którzy wykonują tylko przejazdy dwustronne.

Brexit na miękko?

Czy przedsiębiorcy odbiją sobie wyższe koszty w wyższych cenach transportu? Czy grożą nam też zakłócenia w dostawach towarów?

Prezes Wroński uspokaja, że w lutym towary powinny być dostępne na półkach. Co będzie później – trudno przewidzieć. – W przepisach, które wejdą w życie 2 lutego jest zapis, że polskie ciężarówki, którymi wykonuje się międzynarodowe przewozy drogowe, będą musiały zjeżdżać do kraju siedziby przedsiębiorstwa co najmniej raz na 8 tygodni. To oznacza, że firmy będą poszukiwały zlecenia na powrót, by kierowca nie wracał „na pusto” – przyznaje prezes Wroński.

Jego zdaniem nowe przepisy dot. transportu są wymierzone głównie w kraje peryferyjne Europy. – Towary są w centrum Europy, ale tam brakuje ludzi do pracy. Rozwożą je więc przewoźnicy m.in. z Polski, Litwy, Łotwy, Rumunii czy Hiszpanii, którzy nie mają takich braków kadrowych – wylicza prezes.

Czas oczyścić tę dżunglę

Zupełnie inaczej widzą sytuację związkowcy. Tadeusz Kucharski, przewodniczący Sekcji Krajowej Transportu Drogowego NSZZ „Solidarność”, cieszy się ze zmian w przepisach. Według niego pozwolą one uporządkować rynek transportowy i zmieść z „dżungli” firmy, które bogaciły się kosztem wyzysku i eksploatacji pracowników.

Związkowiec przyznaje, że płace netto dzięki nowym regulacjom może nie wzrosną znacząco, ale kierowcy odczują nowe przepisy przede wszystkim w trzech sytuacjach: kiedy będą szli na urlop wypoczynkowy, świadczenie chorobowe lub będą przechodzić na emerytury.

Jak podkreśla Kucharski, 80 proc. firm zawarła umowy z kierowcami na najniższą stawkę krajową i od niej odprowadza składki do ZUS, cała zaś reszta to były dodatki, m.in. ryczałty czy diety, które nie były oskładkowane. Stąd – w przypadku urlopu wypoczynkowego, czy choroby – świadczenia kierowców były bardzo niskie. Teraz się to zmieni.

– Kiedy słyszę, ile zarabiają kierowcy, że po 7-9 tys. zł na rękę miesięcznie, pusty śmiech mnie ogarnia. Nikt nie chce pokazać mi swojego PIT-a na potwierdzenie tych „kokosów” – uśmiecha się Tadeusz Kucharski.

Związkowiec przyznaje, że ceny transportu zapewne wzrosną, napędzając jeszcze bardziej inflację, ale będziemy to zawdzięczać pracodawcom, którzy są „tak pazerni, że będą sobie odbijać wyższe koszty i wykorzystywać sytuację na rynku”.

– Ta branża mówi od 30 lat, że jest w permanentnym kryzysie. Tymczasem na „tym kryzysie” zbudowali potęgę w Europie – podkreśla Kucharski.

Rząd oszczędza pracodawców, kierowców już nie

Zdaniem naszego rozmówcy, rząd nieuczciwie podzielił odpowiedzialność za naruszenie pakietu mobilności i nieadekwatnie wycenił kary.

Przykładowo: odpoczynek powyżej 45 godzin odebrany w kabinie pojazdu będzie kosztował kierowcę, firmę i zarządzającego transportem po 50 zł. Za brak wpisu dotyczącego przekroczenia granicy po 2 lutego mandat będzie tylko dla kierowcy – 100 zł. Wyłącznie kierowca będzie karany, gdy pojazd będzie niesprawny lub nie zostanie odśnieżony jego dach.

– W Polsce nie ma na postojach dla ciężarówek na rampach szczotek, które zgarniałyby śnieg czy lód z dachu pojazdu, jak to jest na Zachodzie. Jeśli kierowca jest sam w trasie, kto mu przytrzyma drabinę, by mógł wejść na dach i zgarnąć śnieg? A jeśli spadnie i się połamie, to pracodawca zapyta: po coś tam wchodził, tak? – pyta retorycznie Kucharski.

Podaje też inny przykład kary. Pracodawca zapłaci tylko 150 zł, jeśli nie będzie sporządzał dokumentacji związanej z obowiązkowym zjazdem do kraju co 4 tygodnie kierowcy. Według związkowca taka kara nie jest dla firm nawet zauważalna. Pracodawcy celowo nie będą takiej dokumentacji prowadzić, by nie płacić kierowcom.

– Wiele małych firm transportowych działa na zasadzie, że kierowca jedzie w jedną stronę z ładunkiem, a na powrót do kraju „coś się tam znajdzie” i ten kierowca czeka zagranicą na parkingu czasami po kilka dni, a nawet tydzień na nowe zlecenie i nie ma za to zapłacone. Czeka, by nie wracać do kraju „na pusto” – opowiada związkowiec.

– Zamiast zapłacić uczciwie kierowcy pensję, to jeden z drugim kupują nowy pojazd albo biorą go w leasing, a potem wyrywają sobie te zlecenia – mówi bez ogródek nasz rozmówca. I dodaje: – Może niektórym teraz ten biznes przestanie się już opłacać, wypadną z rynku. I dobrze, bo dzięki temu może wrócimy do normalności. Do szanowania ludzi.

źródło: money.pl

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ