Piotr Burski pod ostrzałem

0
19
views

Piotr_Burski-500x333

 

 

 

 

 

Piotr Burski strzelił w tym sezonie kilka ważnych bramek dla Widzewa, ale ostatnio zaciął się i nie grzeszy skutecznością. Słabo wypadł w meczu derbowym, a do tego pod jego adresem zaczęły pojawiać się zarzuty, że nie prowadzi sportowego trybu życia. Zapytaliśmy o te kwestie samego zainteresowanego.

– Nie zaliczysz tych derbów do udanych.

– Bardzo czekałem na ten mecz, bo to moje pierwsze derby. Nastawiałem się na nie pozytywnie, ale jednak czegoś zabrakło. Sam nie wiem, czego. Nie chcę tutaj nikogo oceniać, bo od tego jest trener, ale cała drużyna zagrała w pierwszej połowie bardzo słabo. Trener uznał, że nie wyjdę na drugą połowę. Nie mam tu tego za złe, taką podjął decyzję i koniec.

– Chyba się ta decyzja obroniła.

– No cóż, gra się poprawiła. Chłopaki strzelili szybko dwie bramki i chwała im za to.

– W pierwszej połowie graliście sporo długą piłką. Niezbyt dobrze odnalazłeś się w takich warunkach.

– Zgadza się. Biegałem od jednego stopera do drugiego i to było bieganie trochę bez sensu. Jeśli ja idę do pressingu, to za mną musi ruszyć wyżej druga linia. Inaczej to się mija z celem. Między mną a środkiem pola tworzyła się luka. Napastnika rozlicza się z bramek, zgoda. Jednak napastnik żyje z podań. Ja nie jestem typem zawodnika, który weźmie piłkę na połowie boiska i w pojedynkę zrobi bramkową akcję. Nie jestem Messim. Muszę mieć podania. Ale nie mam chłopakom za złe. Wszyscy zagraliśmy źle.

– Słyszałem, że celowo grane były długie piłki, żeby wykorzystać błędy ŁKS. To był element taktyki na ten mecz.

– Ćwiczyliśmy to w tygodniu, bo wiedzieliśmy, że linia obrona ŁKS wysoko się ustawia. Trener kazał nam iść do przodu, w ciemno na każdą piłkę. Sprawdziło się – obrona stała aż na kole środkowym, dlatego te prostopadłe piłki za plecy defensorów miały sens. W pierwszej połowie jednak się to nie udawało. Nie miałem takich podań, żeby stworzyć jakieś zagrożenie.

– W drugiej połowie obie bramki wpadły w ten sposób.

– Tak, piłka przeszła i Daniel Mąka strzelił na 1:1. Potem Przemek Rodak przedłużył długi wykop Michała Chorosia i na 2:1 strzelił Mateusz Michalski. Sprawdziło się, ale ja tego szczęścia nie miałem. Powinniśmy byli ten mecz wygrać. Najbardziej boli, że drugi raz straciliśmy gola w doliczonym czasie gry. W Białymstoku też frajersko uciekły nam dwa punkty.

– Skąd taka metamorfoza w grze drużyny po przerwie?

– W szatni padło kilka mocnych słów. Trener powiedział nam, co funkcjonowało źle, co należy poprawić. To przyniosło skutki. Nie ma się co pieścić. Wszyscy powiedzieli sobie, że trzeba walczyć, zostawić serce na boisku. Mieliśmy jeszcze 45 minut, żeby odmienić losy meczu. Było bardzo blisko, żebyśmy zostali panami Łodzi.

– Okołoderbowa atmosfera ci się podobała?

– Tak, było bardzo pozytywnie i wyjątkowo. Począwszy od spotkania z kibicami, po sam mecz i powrót. W trakcie gry skupiałem się wyłącznie na tym, co na boisku. Chciałem wypaść jak najlepiej, ale nie mogę powiedzieć, że mi się udało. Nie zdołałem rozwinąć skrzydeł. Fani bardzo nas wspierali, choć nie było ich na ŁKS. Tym bardziej szkoda, że nie wygraliśmy. Jest w nas spory niedosyt po tych derbach i ze zniecierpliwieniem czekamy na następne. Na naszym stadionie pokażemy już, kto rządzi w Łodzi.

– Przed wami jeszcze sześć spotkań w tym roku. Uda się przeskoczyć ŁKS w tabeli?

– Nie wiem. Patrzymy tylko na siebie i skupiamy się na każdym kolejnym meczu. Mamy jeszcze pięć kolejek i spotkanie zaległe z Legią II. Nawet jak teraz się nie uda, będziemy mieli całą wiosnę, żeby przeskoczyć ŁKS i awansować do II ligi. To nasz nadrzędny cel.

– Chciałem cię jeszcze zapytać o plotki, jakie krążą na twój temat. Zarzuca ci się, że nie najlepiej się prowadzisz.

– Nie mam pojęcia, skąd biorą się takie rzeczy. To absolutna nieprawda. Nie mam już 20 lat, żeby latać po imprezach. Wstaję z samego rana, na 6:00 jadę do pracy, potem stawiam się w Gutowie Małym na zbiórce i treningu. Do domu wracam wieczorem zmęczony i resztę dnia staram się poświęcić żonie i dwójce dzieci. Naprawdę nie mam sił na jakieś balety na mieście. Raz, w Łodzi, wyszliśmy drużyną na piwo po wygranym meczu. To normalne, nie widzę w tym nic złego, jeśli zna się umiar. Może ktoś mnie wtedy zobaczył i teraz opowiada bzdury. Więcej tłumaczyć się nie chcę, bo po prostu nie mam z czego.

źródło: widzewtomy.net

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ