KONIEC „TRZYNASTEK” I „CZTERNASTEK” ? EKSPERT NIE MA DOBRYCH WIEŚCI

0
116
views

Waloryzacja rent i emerytur w 2021 roku może być wyjątkowo niska. Zaczęła się gospodarcza karuzela dla seniorów

Waloryzacja rent i emerytur w 2021 roku to… jedna wielka niewiadoma. Im głębszy będzie kryzys gospodarczy, tym mniej pieniędzy zobaczą w przyszłym roku seniorzy. – Trzynasta i czternasta emerytura w 2021 roku moim zdaniem nie będzie wypłacana – mówi wprost Oskar Sobolewski, ekspert Instytutu Emerytalnego.

Wszyscy emeryci i renciści wiedzą doskonale, co dzieje się każdego roku marcu. To termin corocznej waloryzacji świadczeń – wyczekiwanej z utęsknieniem i zainteresowaniem przez każdego, kto pobiera pieniądze z ZUS. To temat numer jeden dla blisko 10 mln Polaków. Waloryzacja w 2021 roku może być wyjątkowo skromna.

I to z dwóch powodów. Budżetowego i gospodarczego.

Najpierw trochę teorii. Wskaźnik waloryzacji odpowiada inflacji – czyli wzrostowi cen towarów i usług konsumpcyjnych – w poprzednim roku kalendarzowym. Do tego dochodzi co najmniej 20 proc. realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia (również w poprzednim roku kalendarzowym).

Sposób ustalania wysokości emerytur i rent określa ustawa o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. I tutaj warto się zatrzymać. To doskonale pokazuje, czym jest waloryzacja. Jej zdecydowana większość to utrzymanie tego, co emeryci już dostają. Tylko niewielka część to dodatek, który mogą traktować jako podwyżkę.

I tu pojawia się pierwszy problem. Analitycy wskazują, że inflacja w tym roku może być na niskim poziomie. – Sądzimy, że znaczne spowolnienie gospodarcze skutkujące załamaniem popytu, wykreuje silnie deflacyjne środowisko. W efekcie inflacja powinna wyraźnie spowalniać w kolejnych miesiącach – argumentuje Piotr Bielski, ekonomista z Santander Bank Polska.

Warto podkreślić, że akurat mniejszy wpływ inflacji na emeryturę nie powinien jeszcze tak martwić seniorów. Podwyżka cen towarów i usług będzie niższa, więc – mówiąc wprost – wciąż do koszyka będzie można włożyć dokładnie te same zakupy.

Ważniejszy w tym przypadku jest drugi składnik waloryzacji. To wzrost przeciętnego wynagrodzenia. W 2020 roku pensje w wielu miejscach z pewnością nie pójdą w górę, a jednocześnie – zgodnie z tarczą antykryzysową – wiele firm obniży wymiar pracy i wymiar wynagrodzenia.

Łatwo domyślić się, że to znacznie wpłynie na całoroczny wynik. Ekonomiści banku ING prognozują, że w najbliższych miesiącach możemy zobaczyć nawet ujemną dynamikę wynagrodzeń. Pensje w Polsce będą po prostu zmniejszane.

Ile wyniesie waloryzacja rent i emerytur w 2021 r.?

I to już jest dla seniorów fatalna wiadomość. Im niższy wzrost wynagrodzeń, tym niższe podwyżki świadczeń. A warto dodać, że od 1992 roku pensje w Polsce rosły (w ujęciu rocznym) bez przerwy.

I najłatwiej przedstawić te wszystkie zależności na przykładach. Załóżmy, że tegoroczna inflacja emerycka – przed epidemią – mogłaby wynosić 3 proc., a wzrost wynagrodzenia 6 proc. W takim układzie waloryzacja powinna wynosić 3 proc. + 1,2 proc., czyli 4,2 proc. Dla seniora z emeryturą brutto wynoszącą 2,5 tys. zł oznaczałoby to od marca 2021 roku 105 zł więcej co miesiąc.

Jeżeli jednak inflacja w 2020 roku spadnie do okolic 1 proc., a wynagrodzenia będą rosły w tempie w połowę wolniejszym, czyli 3 proc. rok do roku, to waloryzacja wyniesie już tylko 1,6 proc. Ten sam emeryt dostanie podwyżkę wynoszącą 40 zł miesięcznie.

Inny scenariusz? Jeżeli w 2020 roku nie pojawi się żadna inflacja – czyli ceny nie urosną, a wynagrodzenia zostaną na identycznym poziomie jak w 2019 roku, to waloryzacja wyniesie… okrągłe 0. I nie powinno to zaskakiwać.

W 2015 roku wskaźnik waloryzacji wyniósł 100,68 – czyli emerytury i renty urosły zaledwie o 0,68 proc. W 2016 roku wskaźnik ten był jeszcze niższy – wyniósł 100,24. Emerytury i renty urosły zaledwie o 0,24 proc. Pensje w tym czasie rosły, jednak ceny wyjątkowo mocno spadały. W tych latach waloryzacja była uzupełniana różnymi dodatkami dla seniorów. Sytuacja budżetowa była jednak zdecydowanie lepsza.

Koniec waloryzacji kwotowo-procentowej?

Wysokość waloryzacji może dość znacznie pokrzyżować jeszcze inna kwestia. Budżet. Od kilku lat Prawo i Sprawiedliwość rok do roku wprowadza tak zwaną waloryzację kwotowo-procentową. To sprawia, że osoby z najniższymi świadczeniami dostają gwarantowaną podwyżkę. W ostatnich latach było to nie mniej niż 70 zł.

Warto jednak zauważyć, że to dodatkowy mechanizm, który jest wprowadzany przepisami każdego roku. Nie jest on gwarantowany. Jednocześnie to kosztowny mechanizm. Koszt takiego rozwiązania to około 1,5 mld zł. Im niższa jednak waloryzacja, tym wartość takiego rozwiązania droższa. Powód? Więcej osób nie łapie się na gwarantowany próg.

– Kwestia wysokości waloryzacji jest otwarta. Jeżeli ktoś spodziewa się wysokiej inflacji, to możemy mieć do czynienia w 2021 roku z rekordową waloryzacją. Jeżeli ktoś prognozuje deflację i spadek pensji, to waloryzacja istotnie może być mikroskopijna. Kluczowe jednak są dwa inne wydatki. To trzynasta i czternasta emerytura – mówi money.pl Oskar Sobolewski, ekspert Instytutu Emerytalnego.

– Gdybym miał dziś stawiać, to mówię otwarcie: ani jednej, ani drugiej emerytury w 2021 roku nie będzie. Budżet tego nie wytrzyma – prognozuje. Taki transfer kosztowałby budżet blisko 20 mld zł. A to blisko 10 proc. wartości tarczy antykryzysowej i tarczy finansowej, którą rząd stworzył do walki z gospodarczymi następstwami epidemii.

– Budżet to jedno. Drugim czynnikiem wpływającym na to, że PiS wycofa się z tych obietnic, jest brak wyborów. Do tej pory transfery następowały tylko w latach wyborczych. I myślę, że to się nie zmieni – dodaje Sobolewski.

 

Liczba przyznawanych emerytur w dół. Ale koszty coraz wyższe

Ponad 302 tys. wyniosła liczba osób, którym Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznał emeryturę w ub.r. To o ponad 52 tysiące mniej niż w 2018 roku. Według ekspertów, niektórzy Polacy opóźnili swoje przejście na emeryturę, aby zwiększyć wysokość przyszłego świadczenia.

Wpływ na to miała dobra sytuacja na rynku pracy. Z danych ZUS-u wynika również, że seniorzy zazwyczaj stają się emerytami w ustawowym wieku. W latach 2018-2019 najwięcej świadczeń przyznano w województwie mazowieckim, a najmniej – w opolskim. W ubiegłym roku na emerytury przeznaczono ponad 163 mld zł, czyli o około 11,5 mld zł więcej niż w 2018 roku.

W ubiegłym roku Zakład Ubezpieczeń Społecznych przyznał emeryturę 302,3 tys. osobom. To mniej niż w 2018 roku, kiedy liczba ta wynosiła 354,6 tys.

Jak stwierdza Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, były członek Rady Nadzorczej ZUS, taka różnica rok do roku jest spora. Ona nie mogła być spowodowana tylko czynnikami demograficznymi. Bardzo dobra sytuacja na rynku pracy i szybki wzrost wynagrodzeń sprawiły, że część osób odłożyło decyzję o przejściu na emeryturę, żeby zwiększyć wysokość świadczenia.

– 5-6 lat temu było mniej ofert pracy dla ludzi starszych. Dla nich przejście na emeryturę stanowiło często jedyną opcję. W dwóch ostatnich latach sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. Część osób, które osiągnęły wiek emerytalny, otrzymały od swoich pracodawców propozycje pozostania w firmie. To często wiązało się nawet z podniesieniem wynagrodzenia. Takie sytuacje dotyczyły zwłaszcza pracowników wykwalifikowanych, ponieważ trudno było znaleźć sensowne zastępstwo – wyjaśnia ekonomista Marek Zuber.

W ubiegłym roku 243,8 tys. osobom (mężczyźni – 94 tys., kobiety – 149,8 tys.) przyznano emeryturę z Zakładu w ustawowym wieku emerytalnym. Poniżej tej granicy świadczenie dostało 9,6 tys. osób (mężczyźni – 8,4 tys., kobiety – 1,2 tys.), a powyżej – 48,9 tys. (mężczyźni – 11,9 tys., kobiety – 37,1 tys.), o czym informuje Paweł Żebrowski, rzecznik ZUS-u.

Z kolei Marek Zuber zaznacza, że w naszym społeczeństwie jest nieznacznie więcej kobiet. One mają standardowo mniejsze emerytury, do czego przyczynia się niższy wiek emerytalny. Starają się więc dłużej pracować. Natomiast część mężczyzn szybciej odchodzi z rynku pracy ze względu na uprawnienia obowiązujące w wybranych branżach, np. górnicy czy też służby mundurowe.

– 60-letnia kobieta ma przed sobą średnio 24 lata życia. Przechodzenie na emeryturę w tym wieku to moim zdaniem bardzo zła decyzja. Świadczenie przyznane przez ZUS będzie zachowywało siłę nabywczą ze względu na waloryzację o inflację, ale wynagrodzenia wzrosną znacznie szybciej i u emerytów pojawi się poczucie zubożenia. Jeżeli w momencie przejścia na emeryturę jej wysokość będzie stanowiła 50 proc. średniego wynagrodzenia, to pod koniec życia spadnie do ok. 25 proc. To naprawdę spora i odczuwalna różnica – analizuje Jeremi Mordasewicz.

Jak dodaje Paweł Żebrowski, w 2018 roku Zakład przyznał emeryturę 255,7 tys. osobom (mężczyźni – 94 tys., kobiety – 161,7 tys.) w wieku emerytalnym. Poniżej granicy 65/60 lat świadczenie otrzymało 18,5 tys. osób (mężczyźni – 15,7 tys., kobiety – 2,8 tys.), a powyżej – 80,4 tys. (mężczyźni – 21,3 tys., kobiety – 59,1 tys.).

– Kobiety zarabiają o kilkanaście procent mniej od mężczyzn, co ma wpływ na wysokość późniejszego świadczenia. Ale podstawową przyczyną niskich emerytur kobiet jest niższy niż dla mężczyzn wiek emerytalny i w rezultacie dłuższy czas pobierania świadczenia. Jednak z wyliczeń wynika, że panie mogą mieć o ponad 50% wyższą emeryturę, jeśli przejście na nią opóźnią o ok. 5 lat. Przykładowo więc, zamiast 2 tys. miesięcznie, kobieta może dostać ok. 3 tys. złotych – podkreśla ekspert z Konfederacji Lewiatan.

ZUS ustalił, że w 2018 roku 57 proc. osób przeszło na świadczenie natychmiast po osiągnięciu wieku emerytalnego. 36,3% w ciągu roku (1-11 miesięcy), zaś 5,7% opóźniło tę decyzję o rok lub dłużej od nabycia uprawnień. W przypadku mężczyzn podział ten wyglądał następująco – 63,8 proc., 32,2 proc. oraz 4 proc.. Natomiast statystyki dotyczące kobiet wyniosły odpowiednio – 53,5 proc., 38,5 proc. i 8,1 proc.

– Opóźnienie przejścia na emeryturę o kilka miesięcy może wynikać z tego, że ktoś się wahał i nie załatwił niezbędnych formalności. Albo czekał na korzystną waloryzację składek, która jest zazwyczaj najwyższa w pierwszym kwartale roku. Do pewnej grupy kobiet zaczyna docierać, że tak wcześnie na emeryturę odchodzić nie powinny. Oczywiście można zdecydować się na ten krok i nadal pracować, ale wtedy już sięgamy po uzbierany kapitał. Natomiast z samego świadczenia będzie ciężko wyżyć, jeżeli ktoś nie zgromadził sobie znaczących oszczędności – wyjaśnia Jeremi Mordasewicz.

W analizowanych latach najwięcej emerytur wypłacanych przez ZUS przyznano w województwach – mazowieckim (2018 rok – 53,7 tys. osób, 2019 rok – 45,3 tys. osób) oraz śląskim (42,5 tys. i 36,5 tys.), najmniej zaś w opolskim (9,2 tys. i 7,8 tys.) oraz lubuskim (9,8 tys. i 8,1 tys. osób). Jak informuje Marek Zuber, Mazowsze i Śląsk to regiony, w których jest najwięcej pracowników. Ponadto tam przeciętne wynagrodzenia należą do najwyższych w kraju, czyli również emerytury powinny być wysokie. To może stanowić element zachęcający do rezygnacji z aktywności zawodowej.

– Moim zdaniem, nie powinniśmy porównywać województw, ponieważ one są zbyt dużymi agregatami. Ludzie inaczej zachowują się w dużym mieście, gdzie zazwyczaj jest łatwiej o lepiej płatna pracę, niż w małym miasteczku. Osoby pracujące fizycznie szybciej tracą zdolność do wykonywania swoich obowiązków zawodowych. Z kolei pracownicy umysłowi mogą z reguły, choć nie zawsze, dłużej zarabiać, bo ich kondycja zdrowotna jest standardowo lepsza – stwierdza ekspert Lewiatana.

Natomiast Paweł Żebrowski informuje, że w ubiegłym roku ZUS przeznaczył na emerytury ponad 163,7 mld złotych. Rok wcześniej kwota ta wyniosła przeszło 152,3 mld złotych. Ta różnica nie jest zaskoczeniem, co podkreśla Marek Zuber. I dodaje, że wpływ na to mają 2 czynniki. Pierwszy to relatywny wzrost liczby pobierających świadczenie, co wynika ze starzenia się naszego społeczeństwa. Drugi to waloryzacja emerytur, na którą wpływ miała inflacja.

– Warto też na koniec dodać, że racjonalne jest płynne przejście na emeryturę. po 60. czy 65. roku życia nie żegnamy się z pracą, tylko zaczynamy stopniowo mniej jej wykonywać. To może być wymiar np. czterech dni w tygodniu czy 6 godzin dziennie. Tak już się dzieje np. w Niemczech czy Holandii. Niedługo standardem będzie 70 lat – podsumowuje były członek Rady Nadzorczej ZUS.

źródło: money.pl

 

Mazowieckie: Ceny żywności w marcu wyższe niż rok temu; jabłek o 74 proc.

Cena mięsa wieprzowego w marcu była o 33 proc. wyższa niż rok wcześniej, o przeszło 24 proc. droższa była kiełbasa, a o ponad 20 proc. polędwica sopocka. Najbardziej podrożały jabłka – aż o 74 proc. Dane te dotyczą woj. mazowieckiego – podał Urząd Statystyczny w Warszawie.

Większość towarów ujętych w tzw. koszyku produktów zdrożała w ciągu roku. Z danych udostępnionych przez Urząd Statystyczny w Warszawie wynika, że w stosunku do ub. roku droższy jest nabiał. W marcu cena 1 litra mleka była wyższa o ponad 5 proc. niż rok temu. Jogurt był droższy o ponad 7 proc., ser żółty gouda o 2,5 proc., a ser twarogowy o ponad 1 proc. O 4 proc. staniały natomiast jajka.

Najbardziej podrożało mięso i wędliny. W marcu tego roku cena kilograma schabu była wyższa o ponad 30 proc. niż rok temu. Kiełbasa była droższa o ponad 24 proc., polędwica sopocka o przeszło 20 proc., filet z kurczaka o 11 proc., a parówki o 13 proc.

Zdrożało także pieczywo. W marcu cena chleba mieszanego była wyższa o ponad 4,6 proc. niż rok temu, a bułka pszenna kosztowała więcej o 11 proc. W marcu 2019 r. ryż był tańszy 6,6 proc., mąka pszenna o 5,7 proc., a płatki śniadaniowe o 5,3 proc.

W stosunku do marca 2019 r. zdrożały też owoce i warzywa. Najbardziej, bo aż od o 74 proc. podrożały jabłka. O prawie 14 proc. droższa jest rzodkiewka, o ponad 5 proc. pomidory, o prawie 6 proc. włoszczyzna. Na tym samym poziomie co rok wcześniej była natomiast cena bananów.

Więcej za niektóre artykuły żywnościowe zapłacili w marcu mieszkańcy Warszawy.

W marcu tego roku klienci sklepów w stolicy płacili za kilogram schabu o ponad 42 proc. więcej niż w marcu 2019 r. Kiełbasa była droższa o przeszło 25 proc., polędwica sopocka o 14 proc., a parówki o 5 proc. Jedynie filet z kurczaka był tańszy o 3,5 proc.

W marcu w stolicy cena 1 litra mleka była wyższa o ponad 8 proc. niż rok temu, a jogurtu o 15 proc. Staniał natomiast ser żółty gouda o 3,8 proc., ser twarogowy o ponad 5 proc. i jajka o 4,8 proc.

Zdrożało natomiast pieczywo i ryż. W marcu cena chleba mieszanego była wyższa o 3,5 proc. niż rok temu, a cena bułki pszennej wzrosła o prawie 16 proc. W marcu 2019 r. ryż był tańszy 3,5 proc., mąka pszenna o 4,3 proc.

Największa różnica w cenie dotyczy kilograma jabłek. Mieszkańcy stolicy zapłacili za nie ponad o połowę więcej niż rok wcześniej (54 proc.).

W stosunku do marca 2019 r. w stolicy droższa o ponad 16 proc. była rzodkiewka. Na podobnym poziomie jak rok wcześniej kształtowała się cena bananów i pomidorów oraz włoszczyzny.

Pobierz darmowy program do rozliczeń PIT 2019

 

KORONAWIRUS. MIASTA WYŁĄCZAJĄ OŚWIETLENIE

Władze lokalne, które już od kilku tygodni borykają się ze skutkami kryzysu, szukają oszczędności. Jedną z metod jest wyłączanie oświetlenia w miastach.

Suwałki i Sandomierz redukują światło uliczne w nocy, Olsztyn z kolei wyłącza iluminacje na zabytkach. Na największe zmiany w oświetleniu miasta zdecydował się jednak Kraków.

– Wydatki na energię elektryczną już wcześniej stanowiły znaczącą część kosztów samorządów. W ciągu kilku ostatnich miesięcy wzrosły nawet o 20 proc. także już wcześniej włodarze próbowali oszczędzać chociażby na świątecznych iluminacjach. Naturalne więc, że w obliczu epidemii miasta szukają tańszych rozwiązań tam, gdzie i tak jest już drogo – Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska

Ciemności w Krakowie, Sandomierz w półmroku

Ze względu na rządowe zalecenia, aby pozostać w domu, a tym samym znacznie zmniejszyć ruch na ulicach, wiele miast postanowiło o wyłączeniu latarni ulicznych w nocy.

Na najbardziej radykalny krok zdecydowali się włodarze Krakowa, w którym oświetlenie miejskie gaśnie w godzinach od północy do 4 nad ranem. Jak podaje w komunikacie Zarząd Dróg Miasta Krakowa, takie rozwiązanie przyniesie miastu oszczędności rzędu 20 tys. zł dziennie. Nad podobnym krokiem zastanawia się prezydent Wałbrzycha, Roman Szełemej. W nagraniu udostępnionym na swoim profilu Facebook mówił:

– Podejmujemy różne programy oszczędnościowe, analizujemy co można odłożyć na później, z czego można zrezygnować. (…) Chciałbym zapytać państwa o zdanie – jeśli akceptujecie to, to podejmiemy decyzję o wygaszeniu całego oświetlenia miejskiego w godzinach od 24 do 4 rano. (…) Oszczędności będą wynosiły ok. 80 tys. miesięcznie.

Oglądając film z wystąpieniem prezydenta, można kliknąć na ankietę, wyrażając tym samym swoje zdanie na temat tego pomysłu.

Nieco mniej radykalną decyzję podjęły władze Suwałk, które od kilku dni wygaszają światła po godzinie 23.00 na ulicach, przy których nie ma zabudowań, a także na parkingach, boiskach i w miejscach rekreacji. W Sandomierzu z kolei po godzinie 23.00 lampy świecą jedynie na wybranych ulicach.

Kołobrzeg i Olsztyn bez iluminacji budynków

Zalecenia pozostania w domu prawie całkowicie zatrzymały ruch turystów. Miasta więc decydują się także na wyłączenie oświetlenia zabytków. Na taki krok zdecydował się Kraków, Kołobrzeg oraz Olsztyn, który 17 kwietnia wyłączył iluminacje m.in. budynku ratusza oraz Wysokiej Bramy.

– Epidemia koronawirusa wymusiła na samorządach niespodziewane wydatki, przede wszystkim na wsparcie lokalnych szpitali i ośrodków zdrowia, a także na pomoc dla przedsiębiorców. Koszty idą w setki tysięcy, dlatego wydając, władze szukają jednocześnie przestrzeni do oszczędności. O ile czasowe wygaszenie iluminacji oświetlających zabytki jest dla wszystkich zrozumiałe, o tyle wyłączenie, nawet na kilka nocnych godzin, oświetlenia ulic rodzi niepewność. Mieszkańcy mogą np. obawiać się zwiększonej ilości włamań i kradzieży, bo ciemność nie jest sprzymierzeńcem miejskiego monitoringu. Warto jednak pamiętać, że to tylko tymczasowe rozwiązanie, a wraz z ustępowaniem obostrzeń o swobodnym poruszaniu się światła będą wracać do miast – Sebastian Biela, wiceprezes Energii Polskiej.

źródło: interia.pl

 

Unia Europejska pomaga Polsce. 700 mln euro zatwierdzone

Komisja Europejska poinformowała, że zatwierdziła kolejny program pomocowy dla polskiej gospodarki. Polska otrzyma 700 mln euro, które przeznaczy na pomoc dla firm dotkniętych epidemią.

O sprawie informuje Polska Agencja Prasowa.

– Ten polski program o wartości 700 mln euro zapewni dotacje i zaliczki zwrotne, współfinansowane przez europejskie fundusze strukturalne, w celu wspierania firm działających we wszystkich sektorach, cierpiących z powodu pandemii koronawirusa – powiedziała unijna komisarz Margrethe Vestager.

To kolejny program, zatwierdzony przez Komisję Europejską.

Jak informowaliśmy w money.pl kilka dni temu, wcześniej Polska zgłosiła Komisji Europejskiej 11 programów wsparcia o łącznym budżecie 35,1 mld złotych (ok. 7,8 mld euro), które mają służyć wsparciu przedsiębiorstw dotkniętych skutkami pandemii wywołanej przez koronawirusa.

KE zatwierdziła wszystkie zgłoszone programy, o czym pisaliśmy w tym tygodniu.

Wspomniane 700 mln euro ma być przeznaczone na zapewnienie płynności polskim firmom. Skorzystać ze wsparcia będą mogły przedsiębiorstwa działające we wszystkich branżach.

Wśród narzędzi pomocowych – jak informuje PAP – znajdują się m.in. dotacje i zaliczki zwrotne, z wykorzystaniem unijnych funduszy strukturalnych na ten cel.

źródło: money.pl

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ